Podczas tegorocznych obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej doszło do incydentu, który rzucił cień na uroczystości. To, co miało być spokojnym hołdem dla ofiar, przerodziło się w napiętą sytuację z udziałem zorganizowanej grupy prowokatorów.
10 kwietnia 2026 roku polska delegacja pojawiła się w Smoleńsku, by uczcić pamięć 96 osób, które zginęły w tragedii sprzed lat. Centralnym punktem uroczystości był nowy krzyż ustawiony w miejscu pamięci. Wśród wspominanych znaleźli się m.in. Lech Kaczyński oraz Ryszard Kaczorowski. Atmosfera była pełna powagi, a delegacja – z ambasadorem Krzysztofem Krajewskim na czele – oddała hołd ofiarom, odczytując ich nazwiska i składając znicze.
Sytuacja zmieniła się w trakcie ceremonii. W pobliżu miejsca uroczystości pojawiła się grupa rosyjskich aktywistów, którzy – według relacji – działali w sposób skoordynowany. Przynieśli transparenty z politycznymi hasłami i próbowali sprowokować polską delegację agresywnym zachowaniem.
Jak podkreślił ambasador w rozmowie z RMF FM, była to zaplanowana akcja mająca wywołać napięcie. Uczestnicy prowokacji mieli zasłaniać twarze i unikać bezpośredniego kontaktu, a ich przekaz dotyczył m.in. oskarżeń wobec Polski związanych z wojną w Ukrainie.
Polska delegacja zdecydowała się nie reagować na zaczepki i kontynuować uroczystości w skupieniu. Dyplomaci podkreślili, że nie pozwolą, aby polityczne prowokacje zakłóciły pamięć o ofiarach.
To nie pierwszy taki incydent. W ostatnich miesiącach napięcia wokół działalności polskich przedstawicieli w Rosji rosną, a podobne sytuacje – jak próba ataku na ambasadora w Petersburgu – pokazują, że ich praca odbywa się w coraz trudniejszych i bardziej niebezpiecznych warunkach.
Mimo to Polska zapowiada, że nie zrezygnuje z upamiętniania swoich obywateli – nawet jeśli oznacza to konieczność działania w atmosferze presji i zagrożenia.