Cisza zapadła nad stołem niczym ciężki koc.
Jedynym dźwiękiem był zegar na ścianie. Tykał głośno, jakby odliczał każdą sekundę naszego życia.
Weronika ocknęła się pierwsza.
— Nie da się… — mruknęła, ale w jej głosie nie było już tej pewności, co wcześniej. — Nie możesz mówić czegoś takiego. Toma, powiedz jej!
Ale Toma nic już nie powiedział.
Patrzył na mnie teraz inaczej. Nie jak na matkę, która „tylko się kręciła”, ale jak na osobę, której być może nigdy tak naprawdę nie znał.
— Mamo… czy to prawda? — zapytał cicho.
Skinęłam głową.
— Tak. I nie tylko.
Weronika nagle wstała z krzesła.
— Dosyć! Nie chcę już żadnych gierek! — powiedziała, ale głos jej już drżał. — Jutro pójdziemy do notariusza i wszystko wyjaśnimy!
Uśmiechnęłam się lekko.
— Już nigdzie nie musimy iść.
Cofnął się o krok.
— Co masz na myśli?
Wyjęłam teczkę z szuflady obok mnie. Miałam ją gotową od lat. Nie na zemstę. Ale na dzień, w którym prawda musiała wyjść na jaw.
Położyłam ją na stole.
— Wszystko już wyjaśnione.
Toma otworzył ją drżącymi rękami. Przekartkował kilka stron. Potem się zatrzymał. Jego twarz się zmieniła.
— Mamo… ty… ty zawarłaś umowę darowizny?
Skinęłam głową.
— Trzy lata temu.
Weronika podbiegła.
— Kto?! — zapytała, niemal krzycząc.
Toma spojrzał na mnie, a w jego oczach pojawiło się coś nowego. Nie strach. Nie dezorientacja. Ale ciepłe, przytłaczające uczucie.
— Domy… — powiedział powoli — są zarejestrowane na dzieci.
Mihai i Andreea zamrugali ze zdziwienia.
— W… w naszym imieniu? — wyszeptała Andreea.
— Tak, kochanie — powiedziałam cicho. — Ten dom jest twój. Opiekowałam się nim, dopóki nie byłaś wystarczająco dorosła.
Weronika była zdyszana.
— To szaleństwo! Są nieletni! To niemożliwe!
— Możliwe — odpowiedziałam spokojnie. — I wszystko jest legalne. A dopóki nie osiągną pełnoletności, administracja nie należy do mnie.
Spojrzała rozpaczliwie na Tomę.
— Powiedz mu! Powiedz mu, że to nieprawda!
Toma się nie ruszył.
— Czyja to administracja? — zapytał.
Wzięłam głęboki oddech.
— Twoja.
Znów zapadła cisza.
Ale to już nie było to samo.
Weronika zrozumiała. W jednej chwili.
Nie miał nad tym kontroli. Nie mógł już niczego naciskać. Nie mógł już nic zrobić.
To Toma podjął decyzję.
I po raz pierwszy od dawna nie wydawał się już słaby.
Powoli wstał od stołu.
— Weronika… — powiedział powoli — Chyba musimy porozmawiać.
— Toma, nie… — zaczęła, ale on już nie miał tej samej siły.
— Tak — powiedział. — Bo dzisiaj coś zrozumiałem. Nie o domu. O nas.
Wziął teczkę i zamknął ją.
— Mama nie została tu „bez powodu”. My zostaliśmy w jej domu. I nasze dzieci będą miały przyszłość dzięki niej.
Mihai wstał i podszedł do mnie. Mocno mnie przytulił.
— Babciu… nie wychodzisz, prawda?
Uśmiechnęłam się i pogłaskałam go po głowie.
— Nigdzie się nie wybieram, kochanie.
Andreea też do nas dołączyła.
Weronika powoli usiadła na krześle. Nie miała już nic do powiedzenia.
Nie chodziło już o pieniądze. Ani o dom.
Chodziło o prawdę.
A prawda, kiedy już nadejdzie, nie krzyczy.
Ale zmienia wszystko.
Tego wieczoru, po raz pierwszy od wielu lat, poczułam, że nie muszę się już bronić.
Po prostu żyć.