Karol Nawrocki – jeszcze niedawno idol konserwatywnego elektoratu – dziś musi mierzyć się z pierwszym poważnym buntem wśród swoich najwierniejszych zwolenników. Powód? Podpisanie ustawy wspierającej obywateli Ukrainy, mimo wcześniejszego weta i głośnych deklaracji o „ochronie polskiego interesu”. Dla wielu jego wyborców to zdrada.
Prezydent wcześniej zablokował ustawę, domagając się m.in. uzależnienia świadczenia 800+ od legalnej pracy w Polsce oraz wprowadzenia zakazu propagowania ideologii banderowskiej. Choć ostateczna wersja projektu nie zawierała żadnych zapisów dotyczących tzw. „banderyzmu”, Nawrocki niespodziewanie ją podpisał. Co więcej – nie ogłosił tego osobiście, lecz zrobił to jego szef kancelarii.
Właśnie ta decyzja wywołała falę oburzenia wśród najbardziej radykalnych wyborców, zwłaszcza sympatyków Konfederacji. Prezydent, który w kampanii odważnie grał antyukraińską kartą, dziś jawi się w ich oczach jako ten, który się ugiął.
Otoczenie Nawrockiego przekonuje, że to ostatni raz, kiedy poparł jakiekolwiek wsparcie dla Ukraińców. Jako sukces przedstawiają fakt, że świadczenia będą przyznawane wyłącznie pracującym. Jednak w internecie i w komentarzach wyborców dominuje zupełnie inny przekaz: „nic im się nie należy”.
Na tym jednak problemy się nie kończą. Na horyzoncie pojawiła się jeszcze jedna sprawa związana z Ukrainą, której prezydenccy współpracownicy desperacko próbują się wyprzeć. I choć szczegóły są na razie niejasne, jedno jest pewne – dla Nawrockiego może to być prawdziwa mina polityczna.