Donald Trump znów na ustach świata – tym razem nie z powodu skandalu, lecz… Pokojowej Nagrody Nobla. Choć jeszcze nie wiadomo, czy ją otrzyma, jego otoczenie coraz śmielej buduje narrację, która ma przygotować grunt pod triumf w Oslo. Problem w tym, że ewentualne dążenie Trumpa do zdobycia tej prestiżowej nagrody może mieć dalekosiężne i niepokojące skutki – zwłaszcza dla Ukrainy, Europy i Polski.
Trump może nie szukać pokoju w klasycznym rozumieniu tego słowa, lecz porozumienia, które zapewni mu splendor i światowe uznanie. Taki „pokój” może oznaczać zgodę na warunki, które będą korzystne dla Rosji, a niekoniecznie dla Kijowa czy jego sojuszników. W efekcie – kosztem wschodniej flanki NATO – były prezydent USA mógłby próbować zapisać się w historii jako ten, który zakończył wojnę.
W przeszłości Pokojową Nagrodę Nobla próbowali zdobywać kandydaci o równie wątpliwych motywacjach. Wspierany przez Putina Sepp Blatter także marzył o tym wyróżnieniu, mimo ciążących na nim oskarżeń o korupcję i nadużycia. Dla niektórych ambicja Trumpa może wyglądać podobnie.
Ale to nie tylko medialny teatr – polityczne ambicje Trumpa mają realny wpływ na globalne bezpieczeństwo. Właśnie dlatego Europa, w tym Polska, nie powinna lekceważyć tej kandydatury. Wiele zależy od tego, czy planowane „porozumienie pokojowe” będzie oznaczać rzeczywisty koniec wojny – czy tylko szybki sukces na potrzeby kampanii i przyszłych wyborów.