Wydawało się, że premier Sébastien Lecornu odchodzi na dobre – kilka godzin po zaprezentowaniu swojego rządu złożył dymisję, stając się najkrócej urzędującym premierem we współczesnej historii Francji. Ale polityczna scena nad Sekwaną nie przestaje zaskakiwać – Pałac Elizejski ogłosił, że Lecornu jednak pozostaje i podejmie próbę stworzenia nowego gabinetu.
Powrót Lecornu to reakcja na rosnące napięcia – zarówno wewnątrz jego rządu, jak i w parlamencie, gdzie opozycja od początku groziła wotum nieufności. Co więcej, część centroprawicowych ministrów była gotowa rzucić papierami w proteście przeciwko doborowi koalicjantów z centrum.
Jak podaje AFP, przed Lecornu stoi twardy orzech do zgryzienia: musi przeforsować budżet oszczędnościowy na 2026 rok w głęboko podzielonym parlamencie. Jego poprzednicy – François Bayrou i Michel Barnier – polegli właśnie na tej kwestii.
Tymczasem coraz głośniejsze są głosy wzywające prezydenta Emmanuela Macrona do rozpisania nowych wyborów – nie wiadomo jednak, czy miałoby chodzić o parlament, czy o pałac prezydencki. Francuzi są coraz bardziej sfrustrowani, a gospodarczy analitycy ostrzegają: reformy są potrzebne, ale kraj nie jest gotowy, by je zaakceptować. – Francja nie potrafi się reformować – podkreśla ekspert Paweł Karczewski.