Na kilka dni przed ogłoszeniem decyzji Komisji Europejskiej w sprawie Paktu Migracyjnego, prezydent Karol Nawrocki wysłał list do Ursuli von der Leyen, jasno deklarując sprzeciw wobec przymusowej relokacji migrantów do Polski. W politycznych kuluarach zawrzało – PiS nazwało to „sprytnym ruchem”, mającym zatrzymać działania Brukseli.
Oficjalna decyzja KE rzeczywiście okazała się korzystna: Polska w 2026 roku nie będzie musiała przyjmować migrantów ani płacić za odmowę ich relokacji. Premier Donald Tusk ogłosił sukces rządu, zaznaczając, że to jego gabinet doprowadził do wyłączenia Polski z mechanizmu. Jednak PiS twierdzi, że to efekt stanowczego listu Nawrockiego.
W swoim piśmie prezydent odwołał się do emocji i bezpieczeństwa Polaków, podkreślając presję migracyjną ze strony Białorusi i Rosji oraz fakt, że Polska już przyjęła miliony uchodźców z Ukrainy. Dla części prawicy był to idealny moment, by pokazać, że prezydent działa niezależnie i „stawia się” Brukseli.
Z kolei w kuluarach politycy PiS przyznają półgębkiem, że to bardziej ruch PR-owy niż realny wpływ na decyzje KE. Mimo to narracja o „skutecznym prezydencie” została mocno wypromowana na demonstracji PiS, gdzie Mateusz Morawiecki dziękował Nawrockiemu za „powstrzymanie Brukseli”.
Rząd Donalda Tuska nie pozostaje dłużny, przypominając, że to jego gabinet negocjował decyzję i wdrażał skuteczne reformy w zakresie polityki migracyjnej i bezpieczeństwa granic. Problem jednak pozostaje: decyzja dotyczy tylko 2026 roku. Co będzie dalej? Obie strony walczą o polityczne punkty, a temat migracji wciąż jest gorącym orężem w walce o społeczne emocje.