Ion wszedł do domu cicho, bezszelestnie. Nie chciał obudzić żony ani córek. Ale kiedy otworzył drzwi, poczuł zimny przeciąg, jakby wszystkie okna były szeroko otwarte. W środku panowała dziwna cisza. Żadnego szelestu, żadnego oddechu.
Zawołał cicho: „Mario, nie śpisz?”. Ale nie było odpowiedzi. Tylko drewno cicho trzaskało w piecu. Zrobił kilka kroków i zobaczył przewróconą filiżankę na stole i nietknięty talerz z ciasteczkami.
Serce zaczęło mu bić szybciej. Wszedł do pokoju, w którym spały żona i córki. Łóżko było puste. Tylko poduszki były lekko pogniecione, jakby ktoś właśnie wstał. Na podłodze mały, mokry odcisk dziecięcej stopy. Potem kolejny. I kolejny. Ślady prowadziły do tylnych drzwi, które były uchylone.
Ion pospiesznie wyszedł na zewnątrz. Poranne powietrze było zimne i gęste. Ślady zniknęły w śniegu, ale w oddali dostrzegł coś poruszającego się między drzewami. Wziął latarkę i podszedł bliżej.
Kiedy się zbliżył, zamarł. Jego żona klęczała przy drzewie, trzymając w ramionach jedną z małych dziewczynek. Druga dziewczynka stała obok nich, wpatrując się prosto w niego. Ale w ich oczach było coś dziwnego… nie wyglądali jak zwykłe dzieci.
— Mario, co się stało? — zapytał ledwo szepcząc.
Kobieta powoli odwróciła się do niego. Miała łzy na policzkach, ale i dziwny uśmiech, jakiego nigdy wcześniej nie widział.
— Ion… oni… oni powiedzieli mi, że nie muszę już cierpieć. I wstałem… Wstałem sam!
Ion spojrzał ze zdumieniem. Jego żona, która od lat nie mogła chodzić, stała teraz, trzymając dziewczynkę za rękę.
— O czym ty mówisz, Mario? Co masz na myśli mówiąc, że wstały? Kim one są?
Dziewczynki podeszły do niego, uśmiechając się lekko. Jedna z nich powiedziała do niego łagodnym, lecz nieziemskim głosem:
— Nie bój się, staruszku Ionie. Przyszłyśmy jej tylko pomóc. Teraz możemy odejść.
A potem, bez hałasu, bez wiatru, bez światła, zniknęły. Jakby pochłonęło je powietrze.
Jego żona zaczęła głośno płakać. Wziął ją w ramiona, drżąc. Nie wiedział, czy się cieszyć, czy bać.
Stały tam długo, nic nie mówiąc. Tylko wiatr delikatnie szumiał w jodłach, a słońce wschodziło nad białym lasem.
Od tamtej pory Ion nie znalazł śladu po dziewczynkach. Ale każdej zimy, tego samego dnia, na ich oknie pojawiają się dwa małe odciski, niczym dziecięce dłonie.
A Mario zawsze mówi to samo, patrząc na nie z delikatnym uśmiechem:
— Nie zniknęły. Po prostu wróciły tam, skąd przyszły.
I za każdym razem Ion czyni znak krzyża, mamrocząc:
— Niech Bóg ich strzeże… kimkolwiek byli.
Niniejsza praca jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami i postaciami, ale została sfabularyzowana dla celów twórczych. Imiona, postacie i szczegóły zostały zmienione w celu ochrony prywatności i wzbogacenia narracji. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących lub zmarłych, lub do prawdziwych wydarzeń jest czysto przypadkowe i niezamierzone przez autora.
Autor i wydawca nie ponoszą odpowiedzialności za dokładność wydarzeń ani za sposób przedstawienia postaci, a także nie ponoszą odpowiedzialności za jakiekolwiek błędne interpretacje. Niniejsza historia jest udostępniana „tak jak jest”, a wszelkie wyrażone opinie są opiniami postaci i nie odzwierciedlają poglądów autora ani wydawcy.