Luca zachwiał się lekko. Jego wymuszony śmiech urwał się w połowie, zmieniając w nerwowy charkot. Widziałam, jak narasta w nim niepokój, rozlewając się jak plama atramentu na czystej kartce.
— Nie… niczego takiego nie pamiętam — wymamrotał, łapiąc gwałtownie oddech. — To twoje wymysły.
Wyjęłam z szuflady cienką teczkę, przewiązaną zieloną wstążką, i przesunęłam ją w jego stronę.
— To otwórz. Strona czternasta, paragraf siódmy. Twój podpis, Luca. Tą złotą wieczną piórą, którą dostałeś na święta.
Palce mu drżały, gdy rozwiązywał wstążkę. Widziałam, jak z każdym wierszem twarz mu twardnieje, szczęka się zaciska. Wiedział, że nie da się temu zaprzeczyć. Podpis należał do niego. A to oznaczało prawo.
— To niczego nie zmienia! — wybuchnął, zatrzaskując teczkę z trzaskiem. — Jestem dyrektorem generalnym! Wszyscy słuchają mnie!
— Dyrektorem, tak, — uśmiechnęłam się chłodno. — Ale właścicielem? Już nie.
Kilka kliknięć na laptopie i na ekranie pojawiła się zaktualizowana struktura udziałów. Dwa nazwiska: moje i mojego brata, Matteo. Luca mrugał szybko, jakby patrzył na tekst w obcym języku.
— Proces przejęcia twoich udziałów rozpoczęłam pół roku temu. Za zgodą wszystkich wspólników. Oficjalnie nie posiadasz już niczego. A te „nowe” konta, które otworzyłeś z kochanką, zostały zablokowane. Moi prawnicy zadbali, by każdy podejrzany przelew był śledzony.
Twarz mu poczerwieniała. Po raz pierwszy drapieżnik poczuł, że klatka zatrzaskuje się wokół niego.
— Spiskowałaś przeciwko mnie?!
— Nie, mój drogi. Broniłam się. Dziesięć lat milczałam, notowałam, podpisywałam u twego boku. Ty myślałeś, że jestem jedynie twoją wierną księgową, cieniem, który pilnuje cyferek. A każda cyfra była krokiem. Każda klauzula — bronią.
Luca opadł ciężko na krzesło, ściskając teczkę, jakby mógł w ten sposób wymazać rzeczywistość.
— Czego teraz ode mnie chcesz? — spytał cicho, głosem pustym, bez siły.
— Niczego. Absolutnie niczego. Spakuj się i wyjdź. Ja mam wszystko: dom, firmę, spokój. A ty masz tylko to, czego tak pragnąłeś — „nowy początek”. Z pustymi rękami.
Zamknęłam laptopa i wstałam. Serce biło spokojnie, bez gniewu, bez lęku. To był szczyt dziesięciu lat cierpliwości.
Luca pozostał nieruchomy, wzrok miał zagubiony. Po raz pierwszy zrozumiał, że nigdy to on nie pociągał za sznurki. Gra, którą uważał za swoją, została przegrana, zanim jeszcze się zaczęła.
Schowałam teczkę z powrotem do szuflady.
— Żegnaj, Luca.
Wyszłam z kuchni. Moje kroki były lekkie, wolne. Za plecami panowała cisza. Cisza mężczyzny, który zrozumiał zbyt późno, że został pokonany własną bronią.