— Nie wiem dokładnie — cicho odpowiedziała Anna. — Ale chyba wystarczyłoby na nową pralkę, lodówkę i jeszcze na ferie dla nas obojga.
Dmitrij milczał. Trzymał głowę w dłoniach, jakby próbował ukryć się przed własnym wstydem. Samochód stał przy drodze, a za oknem padał drobny deszcz.
— Myślałem, że robię dobrze — powiedział w końcu. — Że jestem dobrym synem. Mama zawsze mówiła, że mężczyzna powinien dbać o rodziców, szczególnie o matkę.
— Nikt nie mówi, że nie powinieneś — westchnęła Anna. — Ale to nie opieka, Dima, to ślepe oddawanie wszystkiego. Ona tobą manipuluje.
— Może po prostu… nie chciała być sama? — próbował się bronić. — Może te pieniądze to był sposób, żeby czuć, że jeszcze jest potrzebna?
— Może. Ale ceną za to jesteśmy my — odpowiedziała cicho. — Nasze nerwy, długi, nasze wieczne „do pierwszego”.
Przez chwilę oboje patrzyli przed siebie, w ciszy, jakby nie wiedzieli, co dalej.
Wieczorem w domu atmosfera była napięta. Dmitrij chodził po pokoju, wciąż z telefonem w dłoni.
— Zadzwonię do niej jutro. Muszę z nią porozmawiać spokojnie — powiedział w końcu.
Anna tylko skinęła głową.
Następnego dnia, gdy wyszedł na balkon, długo rozmawiał z matką. Anna słyszała fragmenty: „Nie chodzi o pieniądze, mamo…”, „Wiem, że ci ciężko…”, „Ale to nie jest w porządku…”.
Potem długo milczał.
Gdy wrócił do środka, wyglądał jakby postarzał się o kilka lat.
— Przyznała się — powiedział cicho. — Powiedziała, że czasem przesadzała. Że chciała mieć pewność, że o niej pamiętam. A te „problemy z ciśnieniem”… powiedziała, że lekarz naprawdę coś przepisał, ale taniej. Resztę zachowała „na czarną godzinę”.
— I co teraz? — spytała Anna.
— Powiedziałem jej, że już więcej pieniędzy nie przelejemy, dopóki nie zobaczę recepty albo rachunku. Że chcę jej pomagać, ale uczciwie. Obraziła się. Powiedziała, że jestem niewdzięczny.
Anna tylko westchnęła.
— Czasem trzeba być niewdzięcznym, żeby w końcu być sprawiedliwym.
Minęło kilka tygodni. W ich domu wreszcie zapanował spokój. Anna zaczęła odkładać po trochę z każdej wypłaty, żeby mieć rezerwę. Dmitrij starał się częściej dzwonić do matki, ale rozmowy były krótsze, rzeczowe.
Pewnego dnia zadzwoniła mama Anny.
— Dziecko, jak tam u was? — zapytała radośnie.
— Lepiej, mamusiu. Dużo lepiej. Wiesz, zaczynamy się jakoś stabilizować. Nawet udało się coś odłożyć.
— To dobrze. Cieszę się. My z tatą też kupiliśmy sobie wreszcie nowe kurtki, w promocji — zaśmiała się. — Nie martw się, nie wydaliśmy waszych pieniędzy.
Anna uśmiechnęła się przez łzy.
Po rozmowie długo siedziała w milczeniu. W końcu podeszła do męża i położyła mu dłoń na ramieniu.
— Wiesz, myślałam… może zaprosimy moich rodziców na weekend? Dawno się nie widzieliśmy.
Dmitrij skinął głową. — Dobry pomysł. Chcę im podziękować.
W sobotę przyjechali. Skromni, zmęczeni, ale uśmiechnięci. Anna przygotowała obiad, a Dmitrij, trochę spięty, cały czas im usługiwał — dolewał herbaty, przynosił talerze, pytał, czy nie chcą dokładki.
W pewnym momencie wyjął kopertę i położył przed teściową.
— Co to? — spytała zdziwiona kobieta.
— Mały prezent. Nie za dużo, ale to od nas obojga. Za wszystko, co robiliście. Za to, że zawsze pomagaliście, nawet gdy sami nie mieliście.
— Oj, dziecko… nie trzeba było… — próbowała protestować, ale w jej oczach pojawiły się łzy.
— Trzeba — powiedział spokojnie Dmitrij. — Bo to jest prawdziwa pomoc. Nie ta z wyrzutem, nie z manipulacją. Tylko taka z serca.
Anna spojrzała na niego z czułością. Wiedziała, że ta rozmowa z matką go zmieniła. Zrozumiał, że dobro nie polega na ślepej lojalności, ale na szczerości i równowadze.
Po obiedzie, gdy rodzice Anny wyszli na spacer, Dmitrij objął żonę.
— Wiesz, dziś pierwszy raz od dawna czuję się… lekko. Jakby kamień spadł mi z serca.
— Bo wreszcie przestałeś nosić ciężar, który nie był twój — powiedziała z uśmiechem.
Kilka dni później zadzwoniła Ludmiła Pietrowna.
— Dima… przepraszam. Nie powinnam była tak robić. Wiesz, siedzę sama w tym mieszkaniu i wszystko wydaje się takie… puste. Głupio mi było prosić tylko o rozmowę, więc wymyślałam powody.
Dmitrij słuchał w milczeniu.
— Mamo, wystarczy, że zadzwonisz. Nie musisz nic wymyślać. Naprawdę chcę z tobą rozmawiać. Ale proszę — bez kłamstw.
— Dobrze, synku — westchnęła. — Postaram się.
Po rozmowie spojrzał na Annę.
— Widzisz? Może i się zmieni.
Anna uśmiechnęła się. — Może. Ale najważniejsze, że ty już się zmieniłeś.
Dmitrij przytulił ją mocno. W kuchni pachniało świeżo ugotowaną zupą, w lodówce wreszcie było jedzenie, a na koncie — trochę oszczędności.
Nie byli bogaci, ale po raz pierwszy od dawna mieli coś o wiele cenniejszego — spokój.