Ana-Maria pozostała przy płocie, nawet gdy ciężarówka dumnej kobiety zniknęła w oddali.
Kurz powoli opadał, ale w jej sercu narastała nowa determinacja. Przyjechała tu z ostatnimi oszczędnościami i nikłą nadzieją, że zacznie od nowa. W Bukareszcie straciła wszystko – firmę zamknięto, szef zniknął z pieniędzmi, a ona stała się jedynie numerem na liście bezrobotnych.
Teraz ten mężczyzna z połamanymi od pracy dłońmi i przenikliwym spojrzeniem sprawiał, że czuła się mała. Ale nie miała już ochoty pochylać głowy.
Kilka godzin później Mihai znalazł ją w stajni.
Ana-Maria siedziała na skrzyni, a przed nią rozłożone były dokumenty z farmy.
— Co ty tu robisz? — zapytał, wyraźnie zirytowany.
— Próbuję uporządkować ten chaos — powiedział spokojnie. — Brakuje ci dwóch dostaw z lipca, a kwoty się nie zgadzają. Ktoś zaokrągla dochody z twojego konta.
Długo na nią patrzył.
— Sprawdzasz moje konta bez pozwolenia?
— Gdybyś to zrobił sam, nikt by cię nie okradł.
Jej ton nie był bezczelny, lecz pewny siebie. A Mihai, po raz pierwszy od dawna, poczuł dziwną mieszankę gniewu i szacunku.
Od tego dnia wszystko się zmieniło.
Ana-Maria obudziła się przed wschodem słońca. Pomagała ludziom przy dojeniu krów, zapisywała ilości, ważyła paszę, poznawała rytm wioski. Jej dłonie były całe w zadrapaniach, ale nigdy nie narzekała.
Stary Gheorghe, który na początku się z niej śmiał, zaczął ją szanować.
— Dom’ Mihai, ta dziewczyna jest naprawdę ze stali. Miałem mężczyzn, którzy nie wytrzymywali tygodnia.
Mihai nic nie powiedział, ale obserwował ją z cienia. Każdego ranka widział ją, jak kroczy przez stajnie zdecydowanym krokiem, a jego zazwyczaj zimne serce biło inaczej.
Pewnego wieczoru Ana-Maria weszła do domu bez pukania.
— Musimy porozmawiać. — Rzucił kilka kartek papieru na stół. — Márdra nas okrada. Porównaliśmy ciężary. Unosi więcej mleka, niż deklaruje, a płaci mniej.
— Jesteś pewien? — zapytał Mihai.
— Całkowicie. Pokażę ci te liczby na własne oczy.
Westchnął.
— Mój ojciec pracował z nimi przez dwadzieścia lat.
— Twój ojciec nas zostawił, Mihai. Teraz twoja kolej, żeby zająć się tym, co zostawił.
Spojrzeli sobie prosto w oczy.
— A co proponujesz? Mam zerwać kontrakt?
— Tak. Jeśli tego nie zrobisz teraz, za sześć miesięcy będziesz spłukany.
Następnego ranka Mihai wyjechał do Pitesti.
Wrócił późno w nocy, zakurzony i zmęczony.
— Miałaś rację, Ana-Maria — powiedział, wchodząc. — Znaleźliśmy duplikaty faktur. Prowadzili dwie księgi: jedną dla nas, drugą dla nich.
Milczała, ale uśmiech drżał jej na ustach.
— I co zrobiłeś?
— Zerwałam umowę. Od jutra będziemy sprzedawać sami. Będzie ciężko, ale uczciwie.
Ana-Maria spojrzała na niego z podziwem.
— Zwariowałeś…
— Może. Ale po raz pierwszy od dawna nie czuję się upokorzona. I jestem ci to winna.
Zapadła cisza, która miała w sobie coś ciepłego, wręcz czułego.
Wiadomość szybko się rozeszła.
„Popescu wyrzucił dumnego, porwał kobietę z miasta!” — krążyła plotka w wiejskim sklepie.
Ale czas pokazał, że mieli rację. Gospodarstwo wracało do formy. Mihai i Ana-Maria sprzedawali mleko bezpośrednio do restauracji w powiecie i do małych lokalnych producentów.
Pieniądze zaczęły napływać, a ludzie patrzyli na nich z szacunkiem.
Pewnego wieczoru Mihai zawołał ją na taras domu.
— Chodź, usiądźmy na chwilę. — Trzymał w ręku butelkę czerwonego wina. — Musimy to uczcić.
— Co właściwie?
— Że wciąż stoimy. Że się nie poddaliśmy.
Pili w milczeniu. Skądś słychać było świerszcze, a w powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy.
— Wiesz — powiedział Mihai, wpatrując się w przestrzeń — Myślałem, że ratuję farmę. Ale tak naprawdę myślę, że uratowałem siebie.
— Dlaczego tak mówisz?
— Bo dopóki nie przyszedłeś, żyłem tylko swoim ciałem.
Ana-Maria nic nie powiedziała. Po prostu na niego spojrzała.
— Zostań tutaj, Ana. Nie jako pracownik. Jako część wszystkiego, co tu jest.
— Nie przyjechałem po pracę, Mihai. Przyjechałem, żeby znaleźć cel.
— Może twój cel jest właśnie tutaj. We mnie.
Miesiąc później farma Popescu rozkwitała.
Wszystko było na swoim miejscu — książki, umowy, ludzie.
Ana-Maria stała się duszą tego miejsca.
Ale pewnego ranka Mihai znalazł na stole list.
„Muszę zamknąć kilka rozdziałów z mojej przeszłości. Jeśli po powrocie nadal będziesz na mnie czekać… to znaczy, że to jest mój dom”.
Odeszła.
Minęło sześć miesięcy.
Pewnego deszczowego jesiennego dnia Mihai był na podwórku, przemoczony, gdy usłyszał za sobą głos:
— Nadal wstajesz o czwartej rano?
Nagle się odwrócił. Ana-Maria stała tam, w starym płaszczu, z mokrymi włosami i ciepłym uśmiechem.
— Otworzyłam małe biuro rachunkowe w mieście — powiedziała. — Ale bez zapachu mleka i wilgotnej ziemi… Nie mogę żyć.
Podszedł powoli.
— Myślałem, że nie wrócisz.
— Obiecałem ci, prawda?
Nikt nic nie powiedział. Przytulił ją.
Deszcz ich przemoczył, ale im to nie przeszkadzało.
— Wiesz coś? — wyszeptała, opierając się o jego pierś. — Myślałam, że straciłam wszystko.
— A teraz? — zapytał Mihai.
— Teraz wiem, że znalazłam to, czego szukałam. Tutaj. Z tobą.
Uśmiechnął się po raz pierwszy od dawna.
Czas.
Deszcz nad nimi ustał, a powietrze wypełnił świeży zapach ziemi i ciszy.
Ana-Maria zamknęła oczy.
W końcu odnalazła sens swojego życia.