…głębokość w żołądku, jak złe przeczucie. Ale, jak zawsze, ukrył strach za szyderczym uśmiechem.
— Czemu tak wyglądasz? Zamierzasz płakać? — zapytał, delikatnie popychając ją ramieniem.
Sonia nic nie powiedziała. Po prostu na niego spojrzała. Spokojne, głębokie spojrzenie, zupełnie nie przypominające spojrzenia przestraszonej dziewczyny. Było w nim coś, dziwna siła, niemal kojąca. Marian wymusił śmiech, a jego koledzy wybuchnęli śmiechem.
Następnego dnia wszystko zaczęło się tak samo. Marian czekał na Sonię przy wejściu, gotowy do kontynuowania swojej brudnej gry. Ale ona przeszła obok niego, nie zwracając na niego uwagi. Jakby w ogóle nie istniał.
Marian nie lubił być ignorowany. W obecności innych to była obraza. Złapał ją więc za rękę i wyrwał jej plecak. Jej zeszyty rozsypały się na podłodze, a wszyscy zaczęli się śmiać.
— No to pokaż nam, co tam ukrywasz — powiedział ze śmiechem, potrząsając plecakiem.
Wypadło z niego małe, stare, drewniane pudełko z zardzewiałym zamkiem. Sonia zamarła. Po raz pierwszy jej twarz się zmieniła. Zrobiła krok w jego stronę, jej głos był spokojny, ale zimny jak lód.
— Oddaj mi to, Marian. Nie wiesz, co robisz.
Śmiech nagle ucichł. W jej głosie było coś, co sprawiło, że powietrze stało się ciężkie. Ale Marian, nie mogąc się poddać, otworzyła pudełko. W środku znajdowało się czarno-białe zdjęcie kobiety i mężczyzny, prawdopodobnie rodziców dziewczynki. Na odwrocie odręcznie napisane zdanie: „Zawsze mnie chroń”.
W chwili, gdy dotknęła zdjęcia, Marian poczuła dziwne mrowienie. Obraz zadrżał jej w dłoni i przez sekundę zdawało jej się, że kobieta na zdjęciu odwróciła głowę. Rzuciła zdjęcie na ziemię, z bladą twarzą.
Sonia powoli podniosła słuchawkę i powiedziała:
— Mówiłam ci, że nie wiesz, co robisz.
W tym momencie światła na korytarzu zamigotały. Zimny prąd przeszedł przez całą szkołę. Koledzy Mariana zaczęli się odsuwać, przestraszeni. Znów próbował się roześmiać, ale głos mu się załamał.
Od tego momentu wszystko się zmieniło. W kolejnych dniach Marian zaczął mieć koszmary. Słyszał kroki na korytarzu, nawet gdy był sam. Czuł, że ktoś go obserwuje w nocy i budził się zlany potem.
Próbował ignorować wszystko, ale nic nie było takie samo. Nie mógł podnieść ręki na nikogo. Czuł ciężar za każdym razem, gdy próbował. Aż pewnego dnia, mijając Sonię, powiedziała cicho:
— To nie klątwa, Marianie. To po prostu budzi się twoje sumienie.
Od tego dnia nikt już nie widział, żeby się śmiał. Zaczął bronić tych, z których kiedyś drwił. Stał się obrońcą słabszych.
Lata później, gdy ktoś zapytał go, co go zmieniło, uśmiechnął się gorzko i odpowiedział tylko:
— Dziesięć sekund. To wystarczyło, żebym zrozumiał, kim jestem i kim już nie chcę być.
I od tamtego dnia, w tej szkole, nikt nie podnosił głosu na kolegę z klasy. Bo wszyscy znali historię Mariana i Sonii – dziewczyny, która pokonała zło, nie zadając ciosów, tylko patrząc mu prosto w oczy.