…I po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że nie muszę już nikogo chronić.
Ten tydzień był na pozór spokojny, ale w środku zbierała się burza.
Każdego ranka Andreea schodziła do kuchni, jakby była już panią domu. Wydawała polecenia, przesuwała rzeczy, rozmawiała przez telefon o „projektach”, „inwestorach”, „modernizacjach”. Radu podążał za nią z cienia, bez kolumny, bez głosu.
Patrzyłam i milczałam.
Wieczorem szłam do stajni, do Fulgera. Powoli go czesałam i przypominałam sobie Elenę. To, jak na mnie patrzyła, kiedy kazała mi być cierpliwą. „Życie pokazuje ludzi takimi, jacy są” – powiedziała mi.
I miała rację.
Piątego dnia zadzwonił do mnie Hernan – prawnik.
— Wszystko gotowe. Dokumenty w porządku. Konta są dla nich zablokowane. Firma, którą chcieli otworzyć na twoje nazwisko… już nie istnieje.
Uśmiechnąłem się.
— Dobrze. To do nich zadzwonimy.
Siódmego dnia zaprosiłem ich na kolację.
Andreea przyszła pewna siebie, elegancko ubrana, z uśmiechem mężczyzny, który myśli, że już wygrał. Radu siedział obok niej ze spuszczonym wzrokiem.
Położyłem teczkę na stole.
— Wszystko już załatwiliśmy — powiedziałem spokojnie.
Twarz Andreei pojaśniała.
— Doskonale! Możemy podpisać…
— Tak — powiedziałem—. Możemy.
Pewnym ruchem otworzyła teczkę.
Jej uśmiech zamarł.
— Co to jest? — zapytała.
— Prawda.
Radu podszedł.
— Ojcze…?
Wyjąłem główny dokument i położyłem go przed nimi.
— Gospodarstwo nie jest twoje, Radu. Nigdy nie było. To jest na moje nazwisko.
Cisza.
Andreea zamrugała kilka razy.
— To niemożliwe…
— Tak. I jest jeszcze coś.
Kontynuowałem spokojnie:
— Wszystkie konta, z których korzystałeś, Radu… są zamknięte. Twoje długi nie są już pokrywane. Od dziś jesteś zdany na siebie.
Zaczęła się denerwować.
— Tato, nie możesz tego zrobić!
— Mogę. I powinnam była to zrobić dawno temu.
Andreea wybuchnęła:
— Nie masz prawa!
Spojrzałem jej prosto w oczy.
— Prawo? Wysłałeś mnie do zakładu psychiatrycznego, do mojego własnego domu.
Zamilkła.
Radu zrobił krok w moją stronę.
— Przepraszam…
Przerwałem mu gestem.
— Nie. Przykro mi, że przegrałeś.
To było najtrudniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziałem.
Ale też najprawdziwsze.
Zamknęłam teczkę.
— Masz dwa dni na wyjazd.
Nie powiedzieli nic więcej.
Wyszli w milczeniu.
Tego wieczoru usiadłam na ławce przed domem. Słońce zachodziło za wzgórzami, dokładnie tak, jak Elena lubiła.
Po raz pierwszy od dawna w domu panowała cisza.
Moja.
Życie nie odebrało mi rodziny.
Pokazało mi, kto nigdy nie był rodziną.