Oficer się nie poruszył.
Ja też nie.
Potem krótkim gestem odwrócił głowę do pozostałych żołnierzy.
— Cześć!
W ułamku sekundy sala rozbrzmiała echem odgłosu butów uderzających o podłogę. Dziesiątki rąk uniosły się w geście salutu. Za Andrieja. Za mnie. Za wszystko, czego nigdy nie powiedziano w naszej rodzinie.
Tata rozejrzał się zagubiony. Po raz pierwszy w życiu nie był już najsilniejszy w pomieszczeniu.
— Panie Popescu — kontynuował oficer spokojnym głosem — pański syn służył w najtrudniejszych misjach rumuńskiej armii. Był odznaczony. Ratował życie. I nadal to robi.
Tata otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
— Co do jego brata — powiedział oficer — Andriej zginął, pełniąc swój obowiązek. Nie ma sensu umierać, gdy chroni się swoich ludzi.
Mama płakała cicho. Nie z bólu. Z dumy.
Podszedłem do trumny. Położyłem dłoń na złożonej fladze.
— Przepraszam, że nigdy ci nie powiedziałem, kim naprawdę jestem, Andriej — wyszeptałem. — Ale wiedziałeś.
Tata osunął się na krzesło. Jego ramiona opadły, jakby w ciągu minuty postarzał się o dziesięć lat.
— Nie wiedziałem… — mruknął.
— Nie chciałeś — odpowiedziałem po prostu.
Po nabożeństwie ludzie podchodzili jeden po drugim. Nie po to, żeby na mnie patrzeć. Ale żeby uścisnąć mi dłoń. Żeby mi podziękować. Żeby opowiedzieć mi historie o Andrieju.
Tata był ostatni, który stał.
— Myliłem się — powiedział cicho.
To nie była wymówka. To było przyznanie się.
— Wiem — odpowiedziałem.
Nie przytulaliśmy się. Nie było takiej potrzeby.
Tego dnia pochowałem Andrieja.
Ale pogrzebałem też swoje milczenie.
Wyszedłem z cmentarza w mundurze, z wysoko uniesioną głową. Nie po to, żeby cokolwiek udowadniać. Ale dlatego, że w końcu mnie dostrzeżono.
I po raz pierwszy w życiu nie musiałem nikomu niczego udowadniać.