Nie zapytał mnie, jak się czuję. Nie zapytał, czy boli. Po prostu wyjął kopertę z torby i położył ją na stoliku nocnym, obok kroplówki.
Papiery rozwodowe.
„Nie zniosę już tego życia” – powiedział. „Zostań w domu, ja zajmę się wszystkim. Nie masz nawet dzieci, żeby móc powiedzieć, że cokolwiek robisz”.
Zamknęłam oczy. Nie ze słabości. Ale żeby powstrzymać się od śmiechu.
W ciągu następnych kilku tygodni, kiedy uczyłam się chodzić, przeniósł swoje rzeczy. Ale nie tylko swoje rzeczy. Pieniądze zniknęły ze wspólnego konta. Biżuteria. Nawet akt własności mieszkania.
Jego prawnik twierdził, że wszystko zostało „nabyte w czasie trwania małżeństwa”. Że nie mam żadnych dochodów. Że jestem od niego zależna.
Pozwoliłam temu płynąć.
Kiedy pojawiłam się w sądzie, opierając się o laskę, Mihai już tam był, pewny siebie. Uśmiechał się. Jego prawnik mówił o „gospodyni domowej” i „pracującym mężu”.
Sędzia spojrzał na mnie znad okularów. „Pani Ionescu, czy ma pani własne dochody?”
„Tak” – odpowiedziałem spokojnie.
Mihai zaśmiał się krótko.
„Kilka umów z domu” – wtrącił jego prawnik. „Nieistotne”.
Wtedy otworzyły się drzwi.
Weszła Ioana, a za nią dwóch prawników i notariusz. Położyła na stole grubą teczkę. Potem kolejną.
Umowy. Bilanse. Wyciągi bankowe. Akty własności. Wszystko.
Sędzia milczał. Na sali sądowej panowała cisza.
„Niżej podpisana Ana Ionescu jest założycielką i właścicielką 100% udziałów w Meridian Forge SRL” – odczytał urzędnik. „Roczny obrót: ponad 80 milionów lei”.
Z twarzy Mihaia zniknął kolor.
Potem pojawił się testament. Spadek. Kwota.
Kiedy sędzia podniósł wzrok, nie było już żadnych wątpliwości. Mieszkanie było moje. Skradzione pieniądze – do zwrotu. Rozwód – przyznany z jego własnej winy.
Mihai nic więcej nie powiedział. Nie odważył się nawet na mnie spojrzeć.
Kiedy wychodziliśmy z sali sądowej, na chwilę się zatrzymałem. Odwróciłem się do niego.
„Nie zdradziłeś mnie, kiedy mnie zostawiłeś” – powiedziałem. „Zdradziłeś, kiedy myślałeś, że moja wartość mierzy się tym, jak mały jestem”.
Wyszedłem na popołudniowe słońce. Bez laski.
Po raz pierwszy nie żyłem już dwoma życiami.
Żyłem jednym, samotnym. I w końcu było moje.