W ciągu zaledwie dwóch lat od objęcia władzy przez “koalicję 15 października”, dług publiczny Polski wzrósł w zawrotnym tempie – ponad 600 miliardów złotych! Opozycja grzmi o „finansowej katastrofie” i „zadłużaniu kraju na potęgę”, ale rzeczywistość jest bardziej złożona niż polityczne nagłówki.
Fakty są takie: większość obecnego zadłużenia to efekt decyzji podjętych jeszcze przez rząd PiS. Ogromna część wydatków – na wojsko, zdrowie czy programy społeczne – została zaprogramowana wcześniej, a obecny rząd, choć kontynuuje ten kurs, robi to przy lepszym zarządzaniu i większej przejrzystości.
Zadłużenie rośnie, to prawda. Ale jednocześnie Polska odzyskała wiarygodność na rynkach finansowych. Odblokowano środki z KPO, inwestorzy chętniej kupują nasze obligacje, a relacje z UE są stabilne jak nigdy. To daje ministrowi finansów Andrzejowi Domańskiemu pole manewru, jakiego jego poprzednicy mogli tylko zazdrościć.
I choć opozycja porównuje tempo zadłużania do „prawie miliarda dziennie”, ekonomiści zauważają, że dług jest obecnie bardziej przejrzysty, niż w czasach gdy PiS ukrywało część wydatków poza budżetem. Dodatkowo rosnące zadłużenie finansuje m.in. modernizację armii, transformację energetyczną i inwestycje infrastrukturalne.
Co więcej, dane pokazują, że rząd nie przejada pieniędzy. Wzrost wydatków na transfery społeczne w 2024 roku jest niższy niż w czasach Morawieckiego. Zwiększa się za to siła nabywcza Polaków, a gospodarka – mimo globalnych zawirowań – przyspiesza.
Zatem kto naprawdę zadłużył Polskę? Odpowiedź leży po obu stronach sceny politycznej. Ale tylko jedna strona robi to dziś z głową.