Aleksiej wzdrygnął się na ostry ton żony i z poczuciem winy spojrzał na katastrofę w kiosku.

Maksim ruszył pierwszy, mrugając szybko, jakby poranne światło padało na jego czoło.

„O mój… moja głowa…” mruknął i wstał, rozglądając się. „Gdzie są chłopcy?”

Siergiej wyciągnął się, ławka zaskrzypiała pod nim, i usiadł z grymasem.

„Co do cholery, dlaczego tak wcześnie?” mruknął, pocierając oczy.

Tylko Wowa spał jeszcze, z lekko rozchylonymi ustami, a piwo wyślizgiwało mu się z palców.

Karina odchrząknęła.

Dwoje rozbudzonych dzieci drgnęło jak dzieci, którym ręce utknęły w słoiku z dżemem.

„Dzień dobry, chłopcy” powiedziała chłodno. — Chyba się zgubiliście w naszym domu, prawda?

Maksim zerwał się na równe nogi.

— Karina… my… no wiesz… zostaliśmy na chwilę i…

— Na chwilę? — uniósł brew. — Jest siódma rano. A ty spałaś w moim domu. Po tym, jak zostawiłaś wszystko w nieładzie. Z kuchnią włącznie. Z łazienką włącznie.

Siergiej odwrócił głowę w stronę domu, a potem z powrotem do niej.

— Przepraszamy… naprawdę… Ale zeszłej nocy…

— Nie obchodzi mnie, co się stało. — jej ton pozostał ostry. — Proszę, wyjdź z podwórka. Już. Weź wszystko, co twoje. I obudź też Wowę.

Siergiej podszedł do Wowy i potrząsnął go za ramię.

— Bracie, no dalej, obudź się. Chyba mamy już dość kakao.

Karina nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się w stronę domu, a drzwi zatrzasnęły się za nią z oburzonym westchnieniem.

Zastała Aleksieja w kuchni. Z trudem wstał z krzesła, jego oczy były małe i zaczerwienione.

„Gdzie… gdzie są chłopcy?” zapytał ochrypłym głosem.

„Wyjdź. Wyjdź. Tak jak obiecałeś.”

Aleksiej pokręcił głową, próbując sobie przypomnieć.

„Ale… nie obiecałem… że… tak wcześnie…”

„Obiecałeś, Aleksiej, obiecałeś, że to tylko jeden wieczór. I żadnego bałaganu w domu.” Carina wskazała na zlew, na lepki stół. „Patrz. Przyjrzyj się uważnie.”

Rozejrzał się. W jego oczach był wstyd zmieszany z dziecinnym poczuciem winy.

„Tak… Przepraszam, Cari…”

„Nie, Aleksiej. Już nie chodzi tylko o „przepraszam”. To był brak szacunku. Przyprowadziłeś ludzi, którzy zachowywali się jak w przydrożnej gospodzie. Włamywali się do domu, niszczyli rzeczy, spali, gdzie popadli. A ty im na to pozwoliłeś. — Spojrzała na niego przenikliwie. — A co gorsza, pozwoliłeś komuś wejść do mojego pokoju. W domu, za który zapłaciłem. W miejscu, w którym pracuję.

Aleksiej spuścił wzrok.

— Myliłem się… Wiem. Straciłem kontrolę.

— Nie pierwszy raz, prawda?

Wzdrygnął się. Cios był bezpośredni.

— Carino… Nie chciałem cię skrzywdzić.

— Nie skrzywdziłeś mnie. Zmęczyłeś mnie. — powiedziała, patrząc przez okno na chaos na podwórku. — Sprawiłeś, że poczułam się jak matka besztająca licealistów. A ja… nie jestem twoją matką. I nie chcę nią być.

Aleksiej wstał, próbując się do niej zbliżyć, ale ona cofnęła się o krok.

— Proszę… pozwól mi chociaż posprzątać. Żeby pokazać, że potrafię… że nie jestem…

— Nie chodzi o bałagan. — przerwała mu. — Chodzi o odpowiedzialność. O szacunek. O to, że pomyślałeś „wszystko w porządku”. Że mogę to przełknąć. Że mogę to tolerować.

Zapadła ciężka cisza. Z ogrodu słychać było tylko ćwierkanie ptaków.

— A co… co mam teraz zrobić? — zapytał cicho.

Karina wzięła głęboki oddech.

— Chcę, żebyś pojechała do miasta na kilka dni. Do mieszkania. Żebyś się oczyściła. Żebyś pomyślała o tym, czego chcesz. Kim chcesz być. I jak chcesz żyć. Zostanę tutaj, popracuję. Posprzątam. Ale sama.

Aleksiej zamarł.

— Karina… nie wyrzuć mnie… proszę…

— Nie wyrzucę cię. — jej głos był spokojny, ale stanowczy. — Proszę o przestrzeń. Dla siebie. I dla ciebie. Może oboje musimy odetchnąć.

Aleksiej otarł twarz dłońmi.

— Dobrze… skoro tego chcesz… Pójdę.

Karina skinęła głową.

— Proszę, powiedz chłopakom, żeby wyszli przez bramę. Bez zamieszania. Bez komentarza. A potem pakujcie walizki.

Dziesięć minut później znajomi Aleksieja wychodzili zawstydzeni, niosąc torby, kurtki, puste butelki i podarty róg kołdry z krzesła. Maksym powiedział do niej cicho:

— Carino… przepraszamy. Naprawdę. To się więcej nie powtórzy.

Po prostu skinęła głową, nie uśmiechając się.

Kiedy brama się zamknęła, Aleksiej stał w zaułku z plecakiem w ręku. Patrzył na nią długo, jakby szukał czegoś w jej oczach — może przebaczenia, może nadziei.

— Carino… czy ja wracam?

Zatrzymała się na chwilę. Potem powiedziała powoli:

— To zależy od ciebie, Aleksiej. Od tego, czy czegoś się z tego nauczysz. Czy dorośniesz. Nie mogę dłużej żyć z kimś, kto kryje się za „taki już jestem”.

Krótkie, ale ciężkie zdanie wypłynęło między nimi.

Skinął głową i ruszył w stronę stacji, jakby każdy krok był dodatkowym kamieniem w jego plecaku.

Kiedy została sama, Carina wzięła głęboki oddech. Potem spojrzała na dom, podwórko, zdewastowaną kuchnię. Tak, miała długi dzień pracy i sprzątania. Ale poczuła coś dziwnego: po raz pierwszy od dawna liczył się dla niej spokój.

A ta myśl, choć bolesna, przyniosła ze sobą iskierkę wyzwolenia.

Leave a Comment