Rafał Trzaskowski, niegdyś „złote dziecko” Platformy Obywatelskiej, dziś wydaje się być politycznym ciężarem. Po porażce w wyborach prezydenckich nie widać u niego ani energii, ani planu na przyszłość – ani dla siebie, ani dla partii. Co gorsza, wygląda na to, że jego własne zaplecze postanowiło go upokorzyć… i to na oczach całego kraju.
Donald Tusk miał przyznać w zaufanym gronie, że wybory były „nie do wygrania”, a mimo to wystawił Trzaskowskiego. Dlaczego? Z nieoficjalnych relacji wynika, że był to element wewnętrznego układu – Trzaskowski miał otrzymać szansę startu w zamian za lojalność wobec Tuska. Partyjna lojalność wygrała z politycznym rozsądkiem – i dziś KO tego żałuje.
Frustracja wyraźnie wylewa się na zewnątrz. Przykład? Bunt radnych PO w Warszawie przeciwko prezydentowi w sprawie nocnej prohibicji, zainspirowany przez Marcina Kierwińskiego. Albo szpile wbijane przez Radosława Sikorskiego, który półżartem, półserio sugerował, że Trzaskowski nie nadaje się do poważnej polityki. Nawet nocne głosowanie nad sprzedażą alkoholu pokazało, że Trzaskowski nie ma już pełnej kontroli nad własnym miastem.
Platforma nie ma na niego pomysłu, a on sam nie potrafi się odnaleźć. W KO coraz częściej mówi się o tym, by „zasypać go papierami w ratuszu” i pozwolić mu powoli zniknąć z politycznego radaru. Kandydatura na prezydenta kraju? Nie ma mowy – nikt nie zaryzykuje trzeciej porażki. Kolejna kadencja w Warszawie? Wykluczona przez przepisy. Zostają stanowiska w rządzie lub w Europie… jeśli ktoś jeszcze będzie chciał go tam widzieć.