Koalicja rządząca ogłosiła kompromisowy projekt ustawy o… „statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu”. To nie są związki partnerskie. To produkt politycznych targów, który nie spełnia oczekiwań żadnej ze stron – ani konserwatystów, ani progresywnego elektoratu.
Z ustawy usunięto wszystko, co budziłoby sprzeciw Pałacu Prezydenckiego: nie ma mowy o adopcji dzieci, ani o wspólnej opiece nad nimi. Pozostały elementy, które i tak można dziś załatwić u notariusza – dostęp do informacji medycznej, dziedziczenie, wspólne rozliczenie czy prawo do alimentów. Wszystko to – bez ślubu, ale też bez prawdziwego uznania relacji.
PSL ogłasza sukces, Lewica zgrzyta zębami, a premier Tusk przyznaje: „To nikogo nie zachwyci”. Projekt trafi do Sejmu i – mimo narzekań – przejdzie. Ale potem wyląduje u prezydenta Karola Nawrockiego, który z pełną satysfakcją włoży go do kosza. Bo nawet tak wykastrowane przepisy są dla jego elektoratu zbyt „rewolucyjne”.
Efekt? Polska zostaje w konserwatywnej niszy Europy razem z Białorusią i Węgrami, a obietnice z kampanii znów kończą się w pół drogi.